Dzień Cwela (nieskończone)

Z okazji Dnia Cwela wszyscy wychodzimy przed blok, ja, mama i ojciec oraz nasz pies Reks. Wszystko jest już ładnie przystrojone, na proporcach od flag narodowych ktoś powiesił kolorowe girlandy powycinane z papieru odblaskowego sprzedawanego w bloczkach po dziesięć kolorów. Liczę kolory, jest ich dziesięć, utwierdzam się. Mama liczy sąsiadów, na głos i pomagając sobie palcem, który kreśli w przestrzeni ścieżkę od główki do główki:
- Spod czwórki są... Raz, dwa, trzy, nie ma syna... Piątka, bez żony... Siedem, raz, dwa, a mieszka ich tam z pięcioro... Lewak na lewaku, oczywiście z jedenastki nikogo...
- A my wyszliśmy wszyscy, całą rodziną - podpowiadam mamie, żeby się ucieszyła chociaż trochę. Mama jest osobą dość patriotyczną, lubiącą uroczystości, ma silny pierwiastek solidarnościowy zakorzeniony jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, wręcz - pokuszę się o metaforę - głęboko w serce wbitą tarczę z logo Solidarności, z twarzą Wałęsy, ze zdjęciem uśmiechniętych Polaków grillujących sobie na tarasie. Łatwo się smuci, ale i łatwo cieszy, ja natomiast staram się ograniczać ten smutek do minimum, ponieważ jestem dobrym synem i leży mi na sercu zdrowie mamy.
- No tak, to nie jest dziwne akurat wcale! - mówi mama z uśmiechem i ogląda się na lekko wycofanego ojca, który krok za nami, w przestrzeni wejścia do klatki schodowej, kontempluje zjawisko w domowych bamboszach. Mama przywołuje go gestem dłoni, ojciec rad nierad podchodzi bliżej, tak że stoimi całą rodziną w szeregu, gotowi na to by zaprezentować się przypadkowemu obserwatorowi albo zmieścić w kadrze na zdjęciu do lokalnej gazetki. Pies niespokojnie kręci się w pobliżu moich nóg, trzymam go krótko i pilnuję, czy aby jakiś inny pies nie zbliża się do nas, bo będzie draka i szczekanie.
Tymczasem na trawniku po środku naszego osiedla rozbijać się kończy scena. Majstrzy wieszają reflektory, wbijają ostatnie gwoździe, panie z komitetu blokowego okręcają słupy tymi samymi serpentynami co sztandary, kolorów dziesięć. Zastanawiam się, kto to kleił, i boję się że to mój kolega Antek został zagoniony do tej pracy, i jest mi trochę smutno za niego, a z drugiej strony cieszę się że moja mama nie jest w komitecie blokowym, i że to nie ja musiałem. Antek, jako syn przewodniczącej komitetu, pewnie musiał.
- Czy nie szpetne trochę te łańcuchy? - krzywi się mama, pokazując palcem na obiekt mojej kontemplacji, a ojciec kiwa głową. - Ja to myślę: albo dobrze, albo wcale, a tu takie paskudztwo jak nie na święto, tylko jakieś na pół gwizdka. Wy żeście chyba takie w przedszkolu robili, czy nie? - zwraca się do mnie, kiwam głową. - Wtedy też mi się nie podobały... Ale co miałam mówić, przychodzę jako matka, tu mi baba pokazuje: jakie piękne dzieci dekoracje zrobiły, cały dzień się męczyły nad tymi łańcuchami. To ja myślę: po licho cały dzień się męczyć żeby takie brzydactwo wyprodukować, już lepsze ty robiłeś sam z siebie, z własnej kreatywności nieprzymuszonej, a nie według wymysłu przedszkolanki jakiejś, chybionej tradycji.
Moja matka jest osobą inteligentną, umiejącą rozróżnić tradycję słuszną od niesłusznej. Jednocześnie ceni sobie walory estetyczne otoczenia, za co należy się jej podwójny szacunek.
Na świeżo zmontowaną scenę wchodzi prezes całej spółdzielni. Ma garnitur w stylu mocno urzędniczym, który mojej matce na pewno się nie podoba, bo jest brzydki jak noc i układa się na tłustym cielsku prezesa jak beton. Jest zresztą betonowego koloru, z wyłogami o klasie płyt chodnikowych. Patrzę na mamę, ona się krzywi, partycypuje jednak w rozpoczynających się właśnie uroczystościach jako osoba świadoma konieczności celebracji wszystkich świąt państwowych, nawet tych mniej ważnych, jak dzisiejszy Dzień Cwela.
Prezes wita nas wszystkich i dziękuje sponsorom imprezy, czyli Unii Europejskiej (po pierwsze) i Urzędowi Miasta (po drugie) oraz firmie produkującej kostki brukowe, mało znanej, której właścicielem jest mieszkaniec naszego miasta (tu brawo), któremu z osobna należą się podziękowania. Matka nachyla się do ojca i szepcze dość głośno, próbując przebić się z głosem przez echo braw i krzyków prezesa:
- Znam chyba tego od kostek, lewak jakich mało, cały majątek zbił kradnąc płytki chodnikowe z osiedli, w nocy podjeżdżał furgonetką i hyc, woził, a potem ludzie się budzą i nie ma...
Ostentacyjnie nie bije też brawa. Ja i ojciec solidarnie powstrzymujemy się od okazywania entuzjazmu dla słów prezesa, nasze twarze są kamienne, pies cicho warczy na innego, na szczęście odległego o jakieś trzy metry.

Niewiele osób wie, że coroczne obchody Dnia Cwela na naszym osiedlu są urozmaicone przez wzgląd na nieodległy zakład karny, i przy dużym udziale tamtejszych rezydentów. Mimo ogólnopolskiego charakteru uroczystości niewiele miast może się pochwalić tak ciekawym programem, większość kończy obchody na wybraniu najgorzej wyglądającego beja z tłumu i obrzuceniu go jajkami. Oczywiście wszystko odbywa się za zgodą obu stron - bej później otrzymuje gratyfikację pieniężną oraz pół litra spirytusu, przynajmniej taka jest zwyczajowa nagroda. Zapewne zależy ona od miasta i środków finansowych, które zaś zależą od sponsorów, a ci - od koniunktury lokalnej i światowej. Tak że wszystko jest w rękach Boga, a do nas Bóg uśmiecha się szerzej i częściej.
Urozmaicenie na naszym osiedlu polega na tym, że z zakładu karnego wypożyczony zostaje prawdziwy Cwel, taki przez duże C, o którym z rozrzewnieniem pisali giganci prozy więziennej, którego zaś z pogardą traktują współbratymcy spod celi. Taki prawdziwy Cwel to nie lada gratka dla obserwatorów.
- To jak byśmy na wiosnę zamiast Marzanny prawdziwą babę topili - mówiła czasem moja mama, nie mogąc jednocześnie ukryć podekscytowania. Wiadomo - prawdziwa baba w wodzie miota się i charcze, zamiast z nurtem odpłynąć bezrefleksyjnie, jak grabelki nad morzem czy puszka po piwie wrzucona do rzeczki.
Tak więc patrzę teraz na scenę, a na scenie już ogłaszają przystojne z twarzy dziewczyny reprezentujące lokalną agencję modelek: godzina siedemnasta pogoń zwyczajowa za Cwelem, godzina dziewiętnasta fajerwerki. Lubię fajerwerki, ale zwyczajowa pogoń za Cwelem kusi mnie bardziej, jestem w końcu małym chłopcem, żądnym nowych wrażeń i łasym na hucpę.
Mama patrzy na zegarek: - Jest piętnasta, może przegryziemy sobie zwyczajową kiełbaskę grillowaną?
Przystajemy na to z ochotą, ja - większą, ojciec - mniejszą, i przechodzimy do grilla osiedlowego gdzie są darmowe przysmaki festynowe sponsorowane przez Unię Europejską i Fundację Wspierania Kultury.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz