teresa orlovsky

Leżymy przytuleni bezpiecznie, ja i Grzegorz-Grześ, okryci białą kołderką i zaplątanym przez przypadek pod kołderkę ręcznikiem kąpielowym, który jeszcze przed chwilą okrywał moją skurczoną chłodnym prysznicem męskość. Grzesia oświetla kapryśne słońce, krótkim błyśnięciem tylko, bo zaraz chowa się za chmurę i pozostajemy tak jak byliśmy - w ciężkiej szarości, co prawda w miarę radosnej, ale nadal - szarości...
Moja ręka powoli zsuwa się po Grzesiowym podbrzuszu, dotyka penisa, gładzi go lekko. Nuda jest nieziemska, przeklinam trochę fakt, że Grześ obudził mnie tak wcześnie. Oczywiście wszystko przez jego rozbuchany testosteron, ranną porą osiągający najwyższe rejestry stężenia. Przeklinam więc testosteron Grzesia, testosteron ogólnie przeklinam, ponieważ nie wyspałem się bardzo i chętnie zamiast seksu uprawiałbym drzemkę długodystansową.
Grześ całuje mnie w uszko i drapie szczecinkę na mojej głowie. Przeciągam się i udaję, że jestem nieczuły, zresztą nadal chce mi się spać. Grześ całuje mnie raz jeszcze i proponuje bardzo bezpośrednio, żebymy pofiglowali trochę pod kołderką, skoro już się obudziliśmy. Krzywię się z niesmakiem, nachodzi mnie refleksja dziwna, niedzisiejsza, że powinniśmy raczej poleżeć krzyżem w pobliskim kościele Zwiastowania Pańskiego. Próbuję dotrzeć do źródła tego przebłysku i przypominam sobie mój dzisiejszy sen. Spotkałem w nim Andrzeja Piaska Piasecznego przy okazji zakupów w lumpeksie. Ukradł z niego maskotkę i zwiał, skubany, piękną i błyszczącą furą. Ach, ten Andrzej...
Wyrywa mi się westchnienie. Grześ tylko na to czeka i bierze wręcz na dobrą monetę, bo całuje mnie długo i głęboko, jednocześnie dotykając newralgicznych stref mojego ciała. Jest mi przyjemnie. Po chwili proszę Grzesia, żeby włączył telewizor.
Właśnie leci program telewizji śniadaniowej. Moja ikona, Grażyna Torbicka, pochyla się nad małym, czarnym krasnalem.
- Jak pracuje się w kopalni soli w Wieliczce? - pyta, jak zwykle z klasą i uśmiechem.
- Pracuje się ciężko, ale godnie - odpowiada krasnal, widzę że w dłoni ma kilof. Robię do Grzesia głupią minę, uważam że to straszne pierdoły.
- Taka dobra dziennikarka - mówię, naciągając kołdrę prawie pod szyję - a musi rozmawiać z krasnalami pod ziemią. Przecież to córka Krystyny Loski, kobieta predestynowana do rzeczy wyższych, czy nie jest błędem tak zatrważająca degradacja?
Grześ przyznaje mi rację.

W kopalni soli w Wieliczce można odnaleźć najstarsze okazy sakralnych solniczek. Datowane na pięć tysięcy lat przed naszą erą, służyły tytanom pracy do solenia codziennego chleba tej ziemi, ponieważ była straszna bieda i nie stać ich było nawet na omastę, nie mówiąc już o smalcu. Kopalnia soli w Wieliczce ma sto kilometrów głębokości. Na samym dnie żyją toksyczne grzyby, zmutowane po podziemnych próbach jądrowych ZSRR.
Przynajmniej tyle dowiedzieliśmy się z telewizji. Grześ oddycha cichutko, w tym świetle wygląda jak ciasteczko. Ja oddycham głośniej bo palę dużo szlugów i pewnie mam rozedmę jak Amy Winehouse.
- Grzesiu - zaczepiam go, gryząc leciutko w policzek. - czy myślisz, że umrę młodo?
Grześ przygląda mi się badawczo. Myślę: ocenia stan mojego uzębienia, oddech, czy trupi nie jest przypadkiem. Po tęczówce oka, jak lekarka mojej matki, potrafi wyczytać moje choroby.
- Nie wiem - odpowiada w końcu, ale ja już wiem (czy też bardziej wmawiam sobie) że kłamie, i że umrę, z zegarkiem w ręku, do godziny dwunastej rano, a jest ósma. Dzielę się moimi obawami z Grzesiem.
- W takim razie trzeba zatrzymać zegar - mówi w końcu, po namyśle.
Wydaje mi się to dobrym pomysłem. Grześ podchodzi do potężnego, nakręcanego zegara z kukułką, mierzącego tyle co ja w kapeluszu, a Grześ - w cylindrze, i otwiera ciężkie pudło zawierające zegarowe wnętrzności. Ku wielkiemu zdziwieniu odnajduje w nim także zgrabną, damską nóżkę. Po chwili z ciemności wyłania się druga, a gdy strumień światła pada wgłąb - damski krok. Przedłużeniem kroku wydaje się być przyjazna, lekko otwarta buzia okolona burzą czarnych loków.
- Chyba znalazłem w zegarze Teresę Orlowsky - informuje mnie Grześ i ciągnie za obie nogi naraz. Rzeczywiście - Teresa jak żywa. Jestem trochę zdziwiony, nie spodziewałem się jej w takim miejscu.
- Co pani robiła w zegarze? - pytam ją grzecznie.
- Powiem za dwa jabłka - odpowiada niespeszona.
Wtedy żałuję, że Grześ otworzył ten zegar. Idę spać dalej, i wiem że to dość niemiłe z mojej strony, ale zostawiam go samego z nią, i niech się martwi. Kątem oka widzę, jak wpycha ją z powrotem do zegara, ale sam już nie wiem czy to mi się śni, czy dzieje naprawdę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz