dzięcielniki gwiazdowe

Dzięcielniki gwiazdowe


Białe koźluny w zasięgu wzroku skutecznie wybijają mnie z toku myślowego; nie spodziewałbym się ich w takim miejscu, jak to (nie sprecyzuję, ale wtajemniczonym oczko: można się tu napić z Chyrą za dwadzieścia złotych wódki), ale po chwili już nie myślę, patrzę gdzie indziej, zapominam.
Moja sytuacja na chwilę obecną przedstawia się nieciekawie - jestem w wielkiej dupie wręcz, przypominam sobie że mi się śniła wczoraj koleżanka niegdysiejsza, że przejeżdża obok mojego domu jakimś Tico i pokazuje mi zza kierownicy, zwolniwszy, że mi się oko rozmazało, a ja jej próbuję wyjaśnić że trudno, nie ma co poprawiać, a ona się kłóci ze mną (zawsze była głupia). Wielka dupa, w której - jak nadmieniłem - jestem, składa się ze zbliżającej się powoli matury z matematyki, poziom rozszerzony, oraz najgorszej suki pod słońcem, gromowładnej buldożycy, mojej babki od matmy, kobiety rodem z piekła i ani jedną nogą w grobie. Wręcz: im bardziej ja, tym mniej ona, aż się wyłożę w trumnę, aż się wyłożę zdechłszy, zdechnąwszy, odetchnąwszy może, ale już potem nie... wieczne potępienie.

Sprawa przedstawia się następująco...
(Mówię już trochę do siebie w myślach, przyznaję, bełkot lekki, biorę długopis czarny, tani i kreślę na serwetce jakiejś)
Otóż... Sprawa przedstawia się tak:
Z piekła rodem owa kobieta dręczyła mnie już trzy lata, przy użyciu najgorszych, najbardziej wymyślnych sztuczek pedagogicznych, jakie wymyśleć można. Zaczynało się jeszcze w miarę normalnie: od uporczywego sprawdzania prac domowych (których nie odrabiałem), wyciągania pod tablicę na pośmiewisko wszystkich i wieczną drwinę, sączenia mi jadu w ucho, nadania mi miana najgorszego, przy którym osioł się chowa, a skończyło dość nieoczekiwanie, i to w konspiracji. Po lekcji (była to klasa druga) poprosiła mnie, bym został. Wyglądała godnie jak zawsze: długie włosy na nogach przezierające przez subtelny beż rajtuz nadawały jej majestatu, zwalista sylwetka czyniła ją podobną do archaicznych wizerunków jaskiniowej Wenus, trzeci podbródek zaś nasuwał mi wizerunek Jabby, tak że już wiedziałem, o czym będzie decydować: o moim jestectwie, o moim ja-nieja.
Zamlaskała i wstała z profesorskiego krzesła. Poleciła mi zamknąć wszystkie okna, sama zaś podeszła do drzwi klasy i zamknęła je na klucz. Z pewnością dziwne wydaje się, że relacjonuję całe zdarzenie tonem wręcz bezosobowym; przyznam jednak, iż cały drżałem, ba, przy każdym oknie zamykanym miałem ochotę zmienić swoje położenie, wyskoczyć na parapet, czmychnąć po gzymsie ku upragnionej wolności. Równą bojaźnią napełnił mnie widok przekręcanego klucza - co jednak miałem zrobić, czyż nie wiedziałem, kto tu więcej znaczy z naszej dwójki?
Kiedy stanęła koło mnie (bardzo blisko), serce trzęsło mi się jak osika. Jej grube wargi rozwarły się, na chwilę zobaczyłem dolne plomby, później - próchniejącą przerwę między jedynkami.
- Cotangens czy cosinus większy dla wartości zero?! - krzyknęła niespodziewanie i złapała mnie za włosy.
Nie wiedziałem, więc zgadłem:
- Cotangens...
To była zła odpowiedź.

Treść zakładu była następująca: albo pan zdasz maturę z matematyki (rozszerzoną) na sto procent, albo ja zabieram pańską duszę. I nie myśl pan, że tego nie robię dla pana dobra, bo robię, myślę że wręcz może pan wyjść na tym zyskowny, konkurencyjny dla uczelni warszawskich, ba, dla Oxfordu i University of California też. Abyś się pan przyłożył, ceną jest pańska dusza - inaczej nie mogę, widzę że jesteś pan leń jakich mało, tylko to może pana zmotywować.
Nacięła mój palec serdeczny cyrklem - krew trochę pyknęła, zaczęła spływać z opuszka. Nie czekając na moją reakcję, matematyczka nacisnęła palec jeszcze mocniej, podstawiwszy pod niego uprzednio pusty kałamarz. Trochę pociekło, ale zdawało się tego dużo - wystarczająco, bym po chwili mógł wypisać własną krwią imię i nazwisko, pod klauzulą następującej treści:

"Tym samym zobowiązuję się do wykonania tego, do czego zobowiązałem się wyżej, pod groźbą odebrania mi własnej duszy

......................................................
(miejsce na podpis podmiotu)

......................................................
(miejsce na podpis wykonawcy zobowiązania)",
oczywiście jako podmiot. Matematyczka - już nie moim krwawym piórem, jak i również nie swoim, tylko zwykłym czarnym długopisem - wykonała znany mi wywijas, bardziej groźny niż zazwyczaj, bardziej też ostateczny.

Nie wiem jak to możliwe - biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności - że przez rok, jaki mijał od wspomnianych wydarzeń, nie zrobiłem kompletnie nic, co pomogłoby mi w zdaniu matury z matematyki. Nie uczyłem się, nie zawarłem też żadnych znajomości w komisji egzaminacyjnej, które być może byłyby pomocne, drogą konszachtu umieszczając moją pracę w dłoniach osoby wtajemniczonej, która policzyłaby mi procent sto, i jeszcze dopisałaby "brawo!", choćbym oddał i puste arkusze. Oczywiście, droga o której teraz myślę jest raczej moją imaginacją, zważywszy na - po pierwsze - rozległe znajomości mojej matematyczki i - po drugie - moje bardzo realistyczne przypuszczenie, że będzie ona weryfikować prace... czy raczej pracę - jedną, moją.
W imieniu swojej rozpaczy piję właśnie drugie piwo; białe koźluny hasają gdzieś między stołami, uderzają mnie krótkimi falami kontrastu z otoczeniem, ultrafioletowej extravaganzy. Jest godzina jedenasta, czy przez dziesięć godzin byłbym w stanie się czegoś nauczyć...? Raczej nie - odpowiadam sobie, nawet przez dziesięć miesięcy mi się nie udało, co mi po tych godzinach, marnuję czas od urodzenia, marnuję czas swój i innych, poświęcony mnie. Nawet matematyczce mojej zmarnowałem - kałamarz, atrament, dziesięć minut tortur, którym mnie poddawała, to wszystko mogło zostać wykorzystane lepiej, inaczej, ktoś mógł odnieść zwycięstwo. Próbuję sobie przypomnieć, kto z moich znajomych rokował na tyle dobrze... Nie pamiętam już: dwie stopy w grobie, jeden duży palec tylko wystaje ponad powierzchnię. Ten palec jest jednocześnie moją nadzieją, ratunkiem jak i nieuchronnego końca symbolem, bo jednak za resztą podąży.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz