27-05-09 Matka Boska Rowerowa

Nie wiedzieć czemu, siedzę tutaj, na moście Poniatowskiego, macham nogami zwisając z czarnej barierki, trochę na krawędzi, wręcz niebezpiecznie, i na pewno niezgodnie z planem konstrukcyjnym. Zabawa jest przednia, zważywszy na mój stan psychiczny, a jest on następujący: zwariowałem, zwariowałem bardzo nagle, niespodziewanie, WTEM i BACH! pieprznął we mnie piorun wariactwa, pokręciło mnie na wszystkie strony, oczy wyszły mi na wierzch a twarz pokryła się smołą. Oczywiście winić można w tym przypadku moje geny: ze strony ojca ciotka miała epizod schizofreniczny, inna popełniła samobójstwo przez powieszenie, w dodatku powiesiła się w sposób wymyślny, bo na sznurku od prania, jeszcze poprzedniego dnia powiesiwszy na nim ubrania. Można powiedzieć, że umarła w otoczce kurodomowej, co było dość przykre.
Ja tymczasem, rozmyślając nad dziwnymi kolejami losu moich dalekich krewnych, nadal siedzę na barierce. Zastanawiam się nad moim życiem: zbyt mało aktywności, sportu, działania społecznego, integracji z grupą. Kiedy ostatnio jeździłem na rowerze...? Marszczę brwi - nie był to ten rok, jeszcze wcześniej, przed zimą, powiedzmy że listopad. Mamy maj, więc nie jeździłem już pół roku, jestem leniem patentowanym! Gdzie mi do człowieka sukcesu, skoro nawet rowerem nie jeżdżę, nawet łydki mam sflaczałe jak balony po weselu...! Spoglądam gdzieś w bok - widok mam akurat na ulicę. Mimo dość późnej godziny, rozgraniczającej poniekąd dzień od wieczora wskazówką na cyfrze dziewięć, rowerzyści są nadal aktywni. Widzę ich - jadą gęsiego, całym konduktem, kolektywnie ale z rozsądkiem. Na czele umięśniony, ale i otłuszczony na brzuszku papa rowerzysta, błyszczącym reflektorem odgania niebezpieczeństwo w postaci złowrogich samochodów i czepliwej psiarni. Zaraz za nim mała dziewczynka na różowym rowerku, w eleganckim, również różowym kasku, z gębą lekko skrzywioną wysiłkiem i dezorientacją. W skupieniu manewruje kierownicą, tak żeby utrzymać się pozycyjnie w zakresie ramion papy. Wszystkiego pilnuje mama rowerzystka - ze sklejonymi potem włosami koloru blond-beż-platyna, rozwianymi lekko. Gdy mija ją jakiś samochód, sterczący puch włosów gorzeje nowym światłem, przypominając aureolę trochę, a ja w myślach czynię znak krzyża: matka boska rowerowa, niech będzie pozdrowiona, na wieki wieków!
Szybko mija mnie ta święta rodzina, po chwili zostaję sam i to mnie oświetlają mgnienia reflektorów. Odważam się spojrzeć w czerń kipiącej pode mną Wisły; tajemniczy kawałek końskiej nogi spływa gdzieś w stronę Trójmiasta, gromadząc nad sobą chmary wygłodniałych, zdesperowanych ptaków. Przypominam sobie beztroskie dzieciństwo: ja i kot Pafnucy, mama, tata, ciocia Bela - razem jeździliśmy nad jezioro Czerniakowskie, aby zażyć w nim (zbawczej czasem, gdy upały doskwierały) kąpieli. Jakkolwiek dziwnie by to nie miało zabrzmieć, kot Pafnucy, mimo przynależności do rasy kociej, wodę tolerował w stopniu wystarczającym, by raz na jakiś czas towarzyszyć mi w jeziornych harcach. Och, pamiętam, jak biegał za ciocią Belą, gdy ta z dziewiczym piskiem rzucała się w zdradziecką toń, hasając nie jak królik, raczej jak sarna, łania, gazela... Wtedy pierwszy obiekt moich uczuć. Jej stopy burzyły chwilową harmonię brunatnej tafli wody, im dalej, tym mocniej. Tymczasem moje, wyraźnie mniejsze (co wpływało też na ich moc sprawczą w przypadku burzenia harmonii), powodowane magiczną siłą niepewności tkwiły w ciężkiej glinie brzegu. Wiele było trzeba, żebym odważył się uczynić choć jeden krok w stronę wody... I nie był to wynik mojej do wody niechęci, o nie! - raczej strach przed wygłupieniem się w oczach mojej wyidealizowanej bogini, nimfy znad Jeziora Czerniakowskiego, cioci Beli.
Teraz nie ma jej obok mnie. Nie ma też tytanicznych rowerzystów, jest tylko światło i - co chwilę - jakiś autobus czy samochód, ale to chyba się nie liczy.
Przypominam sobie miękkie futro Pafnucego. Jego język na mojej dłoni, gdy akurat miał ochotę na dawanie mi swoich kocich pieszczoch. Zaraz potem - smutny koniec, gdy został schwytany przez grasującą w okolicy bandę Wietnamczyków. Nie było mnie przy tym, była za to moja mama, która z okna naszego bloku widziała moment, w którym rozjarzone nienawiścią oczy Azjaty - skądinąd znanego nam właściciela restauracji wietnamskiej - zabłysnęły gdzieś w zaroślach, a zaraz potem wynurzył się z nich, pod pachą trzymając Pafnucego. W trymiga znalazł się w zdezelowanym maluchu koloru czerwonego i tak samo szybko odjechał, a nasz kot zniknął w obłoku spalin i siarki - a przynajmniej tak twierdziła mama, za atrybuty iście szatańskie uznając zarówno kolor samochodu, jak i spojrzenie złoczyńcy, mimo iż kwestią sporną pozostawało, czy z naszego balkonu na trzecim piętrze można wychwycić "płomień nienawiści" w oczach przechodnia, zwłaszcza - skrytego w zaroślach.
Oczywiście pobłażliwy ton, jakim kwituję relację matki, nie oznacza, iż Pafnucy nie był dla mnie ważny. Od początku do końca pozostawał moim ukochanym kotem, i mimo typowo męskiego podejścia do kwestii emocjonalnych, zakrawającego wręcz na abnegację, do dziś mam łzy w oczach na widok szyldu jakiejkolwiek wietnamskiej restauracji. Gdy szukając w stosie mrożonek czegoś odpowiedniego na obiad przez przypadek natknę się na SAJGONKI INSTANT, z krzykiem opuszczam sklep, czasem nie płacąc. Tak że na pewno nie można nazwać mnie osobą niewrażliwą...
Z zamyślenia wyrywa mnie dotyk czyjejś dłoń na ramieniu. Odwracam głowę - dłoń jest mała, damska, trochę zaczerwieniona. Mój wzrok prześlizguje się dalej. Widzę przystojną dziewczynę o twarzy typowo słowiańskiej, z dobrze zarysowanymi koścmi policzkowymi, nosem proporcjonalnym, szczęką mocną. Ma oczy mądre i łagodne, od razu wiem, że podoba mi się, wręcz - jest piękna. Jedną z piersi ma obnażoną, nie do końca co prawda, ale mniej więcej do poziomu sutka. Widzę, że wyślizgnęła się ze sportowego stanika. Brzuch ma obnażony, z lekko widocznymi mięśniami.
- Jestem matką boską rowerową - mówi do mnie, i w tej chwili zauważam stojący obok niej rower górski z sześcioma przerzutkami. Jej głowę okala aureola, ale sam nie wiem czy nie jest to zasługa oświetlenia - tak zwodniczego o tej porze, gdy przekroczyliśmy granicę między dniem a nocą.
Kiwam głową, dając znak że rozumiem i akceptuję taką kolej rzeczy. Ona natomiast swoją niezmierzoną mądrością ogarnia mnie i barierkę, na której siedzę; ryzyko, które podejmuję. Po chwili czuję ją bliżej i widzę, że przyłącza się do mnie, usadzając się okrakiem na czarnej balustradzie.
- Chciałbym zobaczyć Twoją drugą pierś - mówię, kompletnie nieświadomie zresztą. Przemawia przeze mnie instynkt, wspomnienie cioci Beli, lekka demencja nieśmiałości.
Ona uśmiecha się do mnie słodko i łagodnie, jej rysy układają się w ocean spokoju, zmarszczki falują idealnie, rozmyte lekko przez ciemność. Bierze moją dłoń i układa ją na swojej piersi. Ośmielony tym, zsuwam jej sportowy stanik. Widzę teraz oba sutki w kolorze balonowej gumy, krainy łagodności, cukrowej waty. Powstrzymuje moją dłoń i mówi:
- Nic nie jest za darmo. Teraz musimy się pomodlić.
- Jaką modlitwą? - pytam, moje oczy szklą się w świetle reflektorów.
- Proponuję "Ojcze Nasz". Chciałabym, żebyś ty zaczął...
Więc zaczynam. Moja dłoń pieści jej pierś, zataczam kciukiem kręgi wokół jej sutka. Jednocześnie intonuję: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie...", ona wtóruje mi, gdy się zacinam - podpowiada fragmenty. Powoli robi się coraz ciemniej, i gdy zbliżamy się do "na wieki wieków", otacza mnie prawie całkowity mrok. Robi się chłodny i lepki; wdziera mi się do uszu i nosa, w dłoni nie wyczuwam już miękkiego, ciepłego kształtu. Po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że trzymam samotną końską nogę za kopyto, i tym samym walczę z rzecznymi ptakami o zdobycz. Dla mnie zostaje coraz mniej, mnie zostaje coraz mniej, powoli łączę się z czernią, tracę cień, przenikam w cień, zasypiam.

1 komentarz:

  1. nowy eminem daje rade.

    też chcę zobaczyć drugą....

    OdpowiedzUsuń