Dzień Cwela (nieskończone)

Z okazji Dnia Cwela wszyscy wychodzimy przed blok, ja, mama i ojciec oraz nasz pies Reks. Wszystko jest już ładnie przystrojone, na proporcach od flag narodowych ktoś powiesił kolorowe girlandy powycinane z papieru odblaskowego sprzedawanego w bloczkach po dziesięć kolorów. Liczę kolory, jest ich dziesięć, utwierdzam się. Mama liczy sąsiadów, na głos i pomagając sobie palcem, który kreśli w przestrzeni ścieżkę od główki do główki:
- Spod czwórki są... Raz, dwa, trzy, nie ma syna... Piątka, bez żony... Siedem, raz, dwa, a mieszka ich tam z pięcioro... Lewak na lewaku, oczywiście z jedenastki nikogo...
- A my wyszliśmy wszyscy, całą rodziną - podpowiadam mamie, żeby się ucieszyła chociaż trochę. Mama jest osobą dość patriotyczną, lubiącą uroczystości, ma silny pierwiastek solidarnościowy zakorzeniony jeszcze na początku lat dziewięćdziesiątych, wręcz - pokuszę się o metaforę - głęboko w serce wbitą tarczę z logo Solidarności, z twarzą Wałęsy, ze zdjęciem uśmiechniętych Polaków grillujących sobie na tarasie. Łatwo się smuci, ale i łatwo cieszy, ja natomiast staram się ograniczać ten smutek do minimum, ponieważ jestem dobrym synem i leży mi na sercu zdrowie mamy.
- No tak, to nie jest dziwne akurat wcale! - mówi mama z uśmiechem i ogląda się na lekko wycofanego ojca, który krok za nami, w przestrzeni wejścia do klatki schodowej, kontempluje zjawisko w domowych bamboszach. Mama przywołuje go gestem dłoni, ojciec rad nierad podchodzi bliżej, tak że stoimi całą rodziną w szeregu, gotowi na to by zaprezentować się przypadkowemu obserwatorowi albo zmieścić w kadrze na zdjęciu do lokalnej gazetki. Pies niespokojnie kręci się w pobliżu moich nóg, trzymam go krótko i pilnuję, czy aby jakiś inny pies nie zbliża się do nas, bo będzie draka i szczekanie.
Tymczasem na trawniku po środku naszego osiedla rozbijać się kończy scena. Majstrzy wieszają reflektory, wbijają ostatnie gwoździe, panie z komitetu blokowego okręcają słupy tymi samymi serpentynami co sztandary, kolorów dziesięć. Zastanawiam się, kto to kleił, i boję się że to mój kolega Antek został zagoniony do tej pracy, i jest mi trochę smutno za niego, a z drugiej strony cieszę się że moja mama nie jest w komitecie blokowym, i że to nie ja musiałem. Antek, jako syn przewodniczącej komitetu, pewnie musiał.
- Czy nie szpetne trochę te łańcuchy? - krzywi się mama, pokazując palcem na obiekt mojej kontemplacji, a ojciec kiwa głową. - Ja to myślę: albo dobrze, albo wcale, a tu takie paskudztwo jak nie na święto, tylko jakieś na pół gwizdka. Wy żeście chyba takie w przedszkolu robili, czy nie? - zwraca się do mnie, kiwam głową. - Wtedy też mi się nie podobały... Ale co miałam mówić, przychodzę jako matka, tu mi baba pokazuje: jakie piękne dzieci dekoracje zrobiły, cały dzień się męczyły nad tymi łańcuchami. To ja myślę: po licho cały dzień się męczyć żeby takie brzydactwo wyprodukować, już lepsze ty robiłeś sam z siebie, z własnej kreatywności nieprzymuszonej, a nie według wymysłu przedszkolanki jakiejś, chybionej tradycji.
Moja matka jest osobą inteligentną, umiejącą rozróżnić tradycję słuszną od niesłusznej. Jednocześnie ceni sobie walory estetyczne otoczenia, za co należy się jej podwójny szacunek.
Na świeżo zmontowaną scenę wchodzi prezes całej spółdzielni. Ma garnitur w stylu mocno urzędniczym, który mojej matce na pewno się nie podoba, bo jest brzydki jak noc i układa się na tłustym cielsku prezesa jak beton. Jest zresztą betonowego koloru, z wyłogami o klasie płyt chodnikowych. Patrzę na mamę, ona się krzywi, partycypuje jednak w rozpoczynających się właśnie uroczystościach jako osoba świadoma konieczności celebracji wszystkich świąt państwowych, nawet tych mniej ważnych, jak dzisiejszy Dzień Cwela.
Prezes wita nas wszystkich i dziękuje sponsorom imprezy, czyli Unii Europejskiej (po pierwsze) i Urzędowi Miasta (po drugie) oraz firmie produkującej kostki brukowe, mało znanej, której właścicielem jest mieszkaniec naszego miasta (tu brawo), któremu z osobna należą się podziękowania. Matka nachyla się do ojca i szepcze dość głośno, próbując przebić się z głosem przez echo braw i krzyków prezesa:
- Znam chyba tego od kostek, lewak jakich mało, cały majątek zbił kradnąc płytki chodnikowe z osiedli, w nocy podjeżdżał furgonetką i hyc, woził, a potem ludzie się budzą i nie ma...
Ostentacyjnie nie bije też brawa. Ja i ojciec solidarnie powstrzymujemy się od okazywania entuzjazmu dla słów prezesa, nasze twarze są kamienne, pies cicho warczy na innego, na szczęście odległego o jakieś trzy metry.

Niewiele osób wie, że coroczne obchody Dnia Cwela na naszym osiedlu są urozmaicone przez wzgląd na nieodległy zakład karny, i przy dużym udziale tamtejszych rezydentów. Mimo ogólnopolskiego charakteru uroczystości niewiele miast może się pochwalić tak ciekawym programem, większość kończy obchody na wybraniu najgorzej wyglądającego beja z tłumu i obrzuceniu go jajkami. Oczywiście wszystko odbywa się za zgodą obu stron - bej później otrzymuje gratyfikację pieniężną oraz pół litra spirytusu, przynajmniej taka jest zwyczajowa nagroda. Zapewne zależy ona od miasta i środków finansowych, które zaś zależą od sponsorów, a ci - od koniunktury lokalnej i światowej. Tak że wszystko jest w rękach Boga, a do nas Bóg uśmiecha się szerzej i częściej.
Urozmaicenie na naszym osiedlu polega na tym, że z zakładu karnego wypożyczony zostaje prawdziwy Cwel, taki przez duże C, o którym z rozrzewnieniem pisali giganci prozy więziennej, którego zaś z pogardą traktują współbratymcy spod celi. Taki prawdziwy Cwel to nie lada gratka dla obserwatorów.
- To jak byśmy na wiosnę zamiast Marzanny prawdziwą babę topili - mówiła czasem moja mama, nie mogąc jednocześnie ukryć podekscytowania. Wiadomo - prawdziwa baba w wodzie miota się i charcze, zamiast z nurtem odpłynąć bezrefleksyjnie, jak grabelki nad morzem czy puszka po piwie wrzucona do rzeczki.
Tak więc patrzę teraz na scenę, a na scenie już ogłaszają przystojne z twarzy dziewczyny reprezentujące lokalną agencję modelek: godzina siedemnasta pogoń zwyczajowa za Cwelem, godzina dziewiętnasta fajerwerki. Lubię fajerwerki, ale zwyczajowa pogoń za Cwelem kusi mnie bardziej, jestem w końcu małym chłopcem, żądnym nowych wrażeń i łasym na hucpę.
Mama patrzy na zegarek: - Jest piętnasta, może przegryziemy sobie zwyczajową kiełbaskę grillowaną?
Przystajemy na to z ochotą, ja - większą, ojciec - mniejszą, i przechodzimy do grilla osiedlowego gdzie są darmowe przysmaki festynowe sponsorowane przez Unię Europejską i Fundację Wspierania Kultury.

teresa orlovsky

Leżymy przytuleni bezpiecznie, ja i Grzegorz-Grześ, okryci białą kołderką i zaplątanym przez przypadek pod kołderkę ręcznikiem kąpielowym, który jeszcze przed chwilą okrywał moją skurczoną chłodnym prysznicem męskość. Grzesia oświetla kapryśne słońce, krótkim błyśnięciem tylko, bo zaraz chowa się za chmurę i pozostajemy tak jak byliśmy - w ciężkiej szarości, co prawda w miarę radosnej, ale nadal - szarości...
Moja ręka powoli zsuwa się po Grzesiowym podbrzuszu, dotyka penisa, gładzi go lekko. Nuda jest nieziemska, przeklinam trochę fakt, że Grześ obudził mnie tak wcześnie. Oczywiście wszystko przez jego rozbuchany testosteron, ranną porą osiągający najwyższe rejestry stężenia. Przeklinam więc testosteron Grzesia, testosteron ogólnie przeklinam, ponieważ nie wyspałem się bardzo i chętnie zamiast seksu uprawiałbym drzemkę długodystansową.
Grześ całuje mnie w uszko i drapie szczecinkę na mojej głowie. Przeciągam się i udaję, że jestem nieczuły, zresztą nadal chce mi się spać. Grześ całuje mnie raz jeszcze i proponuje bardzo bezpośrednio, żebymy pofiglowali trochę pod kołderką, skoro już się obudziliśmy. Krzywię się z niesmakiem, nachodzi mnie refleksja dziwna, niedzisiejsza, że powinniśmy raczej poleżeć krzyżem w pobliskim kościele Zwiastowania Pańskiego. Próbuję dotrzeć do źródła tego przebłysku i przypominam sobie mój dzisiejszy sen. Spotkałem w nim Andrzeja Piaska Piasecznego przy okazji zakupów w lumpeksie. Ukradł z niego maskotkę i zwiał, skubany, piękną i błyszczącą furą. Ach, ten Andrzej...
Wyrywa mi się westchnienie. Grześ tylko na to czeka i bierze wręcz na dobrą monetę, bo całuje mnie długo i głęboko, jednocześnie dotykając newralgicznych stref mojego ciała. Jest mi przyjemnie. Po chwili proszę Grzesia, żeby włączył telewizor.
Właśnie leci program telewizji śniadaniowej. Moja ikona, Grażyna Torbicka, pochyla się nad małym, czarnym krasnalem.
- Jak pracuje się w kopalni soli w Wieliczce? - pyta, jak zwykle z klasą i uśmiechem.
- Pracuje się ciężko, ale godnie - odpowiada krasnal, widzę że w dłoni ma kilof. Robię do Grzesia głupią minę, uważam że to straszne pierdoły.
- Taka dobra dziennikarka - mówię, naciągając kołdrę prawie pod szyję - a musi rozmawiać z krasnalami pod ziemią. Przecież to córka Krystyny Loski, kobieta predestynowana do rzeczy wyższych, czy nie jest błędem tak zatrważająca degradacja?
Grześ przyznaje mi rację.

W kopalni soli w Wieliczce można odnaleźć najstarsze okazy sakralnych solniczek. Datowane na pięć tysięcy lat przed naszą erą, służyły tytanom pracy do solenia codziennego chleba tej ziemi, ponieważ była straszna bieda i nie stać ich było nawet na omastę, nie mówiąc już o smalcu. Kopalnia soli w Wieliczce ma sto kilometrów głębokości. Na samym dnie żyją toksyczne grzyby, zmutowane po podziemnych próbach jądrowych ZSRR.
Przynajmniej tyle dowiedzieliśmy się z telewizji. Grześ oddycha cichutko, w tym świetle wygląda jak ciasteczko. Ja oddycham głośniej bo palę dużo szlugów i pewnie mam rozedmę jak Amy Winehouse.
- Grzesiu - zaczepiam go, gryząc leciutko w policzek. - czy myślisz, że umrę młodo?
Grześ przygląda mi się badawczo. Myślę: ocenia stan mojego uzębienia, oddech, czy trupi nie jest przypadkiem. Po tęczówce oka, jak lekarka mojej matki, potrafi wyczytać moje choroby.
- Nie wiem - odpowiada w końcu, ale ja już wiem (czy też bardziej wmawiam sobie) że kłamie, i że umrę, z zegarkiem w ręku, do godziny dwunastej rano, a jest ósma. Dzielę się moimi obawami z Grzesiem.
- W takim razie trzeba zatrzymać zegar - mówi w końcu, po namyśle.
Wydaje mi się to dobrym pomysłem. Grześ podchodzi do potężnego, nakręcanego zegara z kukułką, mierzącego tyle co ja w kapeluszu, a Grześ - w cylindrze, i otwiera ciężkie pudło zawierające zegarowe wnętrzności. Ku wielkiemu zdziwieniu odnajduje w nim także zgrabną, damską nóżkę. Po chwili z ciemności wyłania się druga, a gdy strumień światła pada wgłąb - damski krok. Przedłużeniem kroku wydaje się być przyjazna, lekko otwarta buzia okolona burzą czarnych loków.
- Chyba znalazłem w zegarze Teresę Orlowsky - informuje mnie Grześ i ciągnie za obie nogi naraz. Rzeczywiście - Teresa jak żywa. Jestem trochę zdziwiony, nie spodziewałem się jej w takim miejscu.
- Co pani robiła w zegarze? - pytam ją grzecznie.
- Powiem za dwa jabłka - odpowiada niespeszona.
Wtedy żałuję, że Grześ otworzył ten zegar. Idę spać dalej, i wiem że to dość niemiłe z mojej strony, ale zostawiam go samego z nią, i niech się martwi. Kątem oka widzę, jak wpycha ją z powrotem do zegara, ale sam już nie wiem czy to mi się śni, czy dzieje naprawdę.

szydercze wydry

Zapiski senne piętnastoletniego fana prozy Krzysia Wiedermanna


Sen zaczyna się w moim pokoju, jest ciemno, gra włączony telewizor, "Jak oni śpiewają", występuje Gabriela Zapolska. Szydzę z niej, ponieważ śpiewa strasznie, kaleczy dźwięki, obok mnie na łóżku leżą szydercze wydry i Jaś Kapela, jemy chrupki Flips czekoladowe, kleją nam się od tego palce, wydrom łapki, zlizuję słodką posypkę z dłoni Jasia Kapeli.

Po chwili do pokoju wchodzi Krzysztof Ibisz i ciągnie mnie za rękę, mówi że jestem dureń, bo zaraz moja kolej żeby zaśpiewać, a ja nie znam jeszcze piosenki, i nie wystąpiłem jeszcze w żadnym serialu. Jaś wyjmuje swoje palce z moich ust, wydry szydzą ze mnie, Joanna Liszowska przychodzi i bierze mnie na barana. Deklamuję wiersz który przychodzi mi właśnie do głowy, jest to poemat na cześć Stalina pióra Miłosza. Nikt nie klaszcze, Joanna ratuje sytuację nadziewając mnie na swoją dłoń i udając, że jestem jej pacynką. Piosenkę "Kormorany" śpiewa sztucznie obniżając głos. Dostaję punktów najwięcej, w jury siedzi moja pani od polskiego, mówi że wcześniej byłem kiepski, nie lubiła mnie, ale po tym wykonaniu oczarowałem ją, chce mi zrobić loda. Ja odpowiadam że jestem tylko pacynką, robi się smutno na widowni, wszyscy płaczą, wyjmuję z siebie rękę Liszowskiej i odchodzę, w ustach nie wiedzieć czemu mam kłąb czarnych włosów łonowych. Zauważa go mój były klasowy kolega Tolek, który biegnie za mną i robi zdjęcie, po czym krzyczy że pedalę się za pieniądze, dla sławy i lansu. Robi się zamieszanie, a ja uciekam do swojej szuflady na bieliznę. Słyszę jak wszyscy szydzą ze mnie, wchodzę do skarpetki.

dzięcielniki gwiazdowe

Dzięcielniki gwiazdowe


Białe koźluny w zasięgu wzroku skutecznie wybijają mnie z toku myślowego; nie spodziewałbym się ich w takim miejscu, jak to (nie sprecyzuję, ale wtajemniczonym oczko: można się tu napić z Chyrą za dwadzieścia złotych wódki), ale po chwili już nie myślę, patrzę gdzie indziej, zapominam.
Moja sytuacja na chwilę obecną przedstawia się nieciekawie - jestem w wielkiej dupie wręcz, przypominam sobie że mi się śniła wczoraj koleżanka niegdysiejsza, że przejeżdża obok mojego domu jakimś Tico i pokazuje mi zza kierownicy, zwolniwszy, że mi się oko rozmazało, a ja jej próbuję wyjaśnić że trudno, nie ma co poprawiać, a ona się kłóci ze mną (zawsze była głupia). Wielka dupa, w której - jak nadmieniłem - jestem, składa się ze zbliżającej się powoli matury z matematyki, poziom rozszerzony, oraz najgorszej suki pod słońcem, gromowładnej buldożycy, mojej babki od matmy, kobiety rodem z piekła i ani jedną nogą w grobie. Wręcz: im bardziej ja, tym mniej ona, aż się wyłożę w trumnę, aż się wyłożę zdechłszy, zdechnąwszy, odetchnąwszy może, ale już potem nie... wieczne potępienie.

Sprawa przedstawia się następująco...
(Mówię już trochę do siebie w myślach, przyznaję, bełkot lekki, biorę długopis czarny, tani i kreślę na serwetce jakiejś)
Otóż... Sprawa przedstawia się tak:
Z piekła rodem owa kobieta dręczyła mnie już trzy lata, przy użyciu najgorszych, najbardziej wymyślnych sztuczek pedagogicznych, jakie wymyśleć można. Zaczynało się jeszcze w miarę normalnie: od uporczywego sprawdzania prac domowych (których nie odrabiałem), wyciągania pod tablicę na pośmiewisko wszystkich i wieczną drwinę, sączenia mi jadu w ucho, nadania mi miana najgorszego, przy którym osioł się chowa, a skończyło dość nieoczekiwanie, i to w konspiracji. Po lekcji (była to klasa druga) poprosiła mnie, bym został. Wyglądała godnie jak zawsze: długie włosy na nogach przezierające przez subtelny beż rajtuz nadawały jej majestatu, zwalista sylwetka czyniła ją podobną do archaicznych wizerunków jaskiniowej Wenus, trzeci podbródek zaś nasuwał mi wizerunek Jabby, tak że już wiedziałem, o czym będzie decydować: o moim jestectwie, o moim ja-nieja.
Zamlaskała i wstała z profesorskiego krzesła. Poleciła mi zamknąć wszystkie okna, sama zaś podeszła do drzwi klasy i zamknęła je na klucz. Z pewnością dziwne wydaje się, że relacjonuję całe zdarzenie tonem wręcz bezosobowym; przyznam jednak, iż cały drżałem, ba, przy każdym oknie zamykanym miałem ochotę zmienić swoje położenie, wyskoczyć na parapet, czmychnąć po gzymsie ku upragnionej wolności. Równą bojaźnią napełnił mnie widok przekręcanego klucza - co jednak miałem zrobić, czyż nie wiedziałem, kto tu więcej znaczy z naszej dwójki?
Kiedy stanęła koło mnie (bardzo blisko), serce trzęsło mi się jak osika. Jej grube wargi rozwarły się, na chwilę zobaczyłem dolne plomby, później - próchniejącą przerwę między jedynkami.
- Cotangens czy cosinus większy dla wartości zero?! - krzyknęła niespodziewanie i złapała mnie za włosy.
Nie wiedziałem, więc zgadłem:
- Cotangens...
To była zła odpowiedź.

Treść zakładu była następująca: albo pan zdasz maturę z matematyki (rozszerzoną) na sto procent, albo ja zabieram pańską duszę. I nie myśl pan, że tego nie robię dla pana dobra, bo robię, myślę że wręcz może pan wyjść na tym zyskowny, konkurencyjny dla uczelni warszawskich, ba, dla Oxfordu i University of California też. Abyś się pan przyłożył, ceną jest pańska dusza - inaczej nie mogę, widzę że jesteś pan leń jakich mało, tylko to może pana zmotywować.
Nacięła mój palec serdeczny cyrklem - krew trochę pyknęła, zaczęła spływać z opuszka. Nie czekając na moją reakcję, matematyczka nacisnęła palec jeszcze mocniej, podstawiwszy pod niego uprzednio pusty kałamarz. Trochę pociekło, ale zdawało się tego dużo - wystarczająco, bym po chwili mógł wypisać własną krwią imię i nazwisko, pod klauzulą następującej treści:

"Tym samym zobowiązuję się do wykonania tego, do czego zobowiązałem się wyżej, pod groźbą odebrania mi własnej duszy

......................................................
(miejsce na podpis podmiotu)

......................................................
(miejsce na podpis wykonawcy zobowiązania)",
oczywiście jako podmiot. Matematyczka - już nie moim krwawym piórem, jak i również nie swoim, tylko zwykłym czarnym długopisem - wykonała znany mi wywijas, bardziej groźny niż zazwyczaj, bardziej też ostateczny.

Nie wiem jak to możliwe - biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności - że przez rok, jaki mijał od wspomnianych wydarzeń, nie zrobiłem kompletnie nic, co pomogłoby mi w zdaniu matury z matematyki. Nie uczyłem się, nie zawarłem też żadnych znajomości w komisji egzaminacyjnej, które być może byłyby pomocne, drogą konszachtu umieszczając moją pracę w dłoniach osoby wtajemniczonej, która policzyłaby mi procent sto, i jeszcze dopisałaby "brawo!", choćbym oddał i puste arkusze. Oczywiście, droga o której teraz myślę jest raczej moją imaginacją, zważywszy na - po pierwsze - rozległe znajomości mojej matematyczki i - po drugie - moje bardzo realistyczne przypuszczenie, że będzie ona weryfikować prace... czy raczej pracę - jedną, moją.
W imieniu swojej rozpaczy piję właśnie drugie piwo; białe koźluny hasają gdzieś między stołami, uderzają mnie krótkimi falami kontrastu z otoczeniem, ultrafioletowej extravaganzy. Jest godzina jedenasta, czy przez dziesięć godzin byłbym w stanie się czegoś nauczyć...? Raczej nie - odpowiadam sobie, nawet przez dziesięć miesięcy mi się nie udało, co mi po tych godzinach, marnuję czas od urodzenia, marnuję czas swój i innych, poświęcony mnie. Nawet matematyczce mojej zmarnowałem - kałamarz, atrament, dziesięć minut tortur, którym mnie poddawała, to wszystko mogło zostać wykorzystane lepiej, inaczej, ktoś mógł odnieść zwycięstwo. Próbuję sobie przypomnieć, kto z moich znajomych rokował na tyle dobrze... Nie pamiętam już: dwie stopy w grobie, jeden duży palec tylko wystaje ponad powierzchnię. Ten palec jest jednocześnie moją nadzieją, ratunkiem jak i nieuchronnego końca symbolem, bo jednak za resztą podąży.

fantazje seksualne

I

Jestem z policji i aresztuję cię, ponieważ widzę że wyglądasz podejrzanie, masz gębę podejrzaną bardzo i ruchy podejrzane niemniej, zachowujesz się nerwowo, jestem z policji, wyciągam pałę i walę cię w ryj, aresztuję cię, aresztuję cię w imieniu prawa, występuję jako stróż porządku, bardziej niż stróż anioł, bo anioł nie ma pały. Walę cię w ryj raz jeszcze, zakuwam cię w kajdanki, w dyby, rzucam cię na ziemię, kopię cię w brzuch, łamię ci wszystkie żebra jednym kopem, robię to dla twojego dobra, żebyś już nigdy nie pomyślał o wyglądaniu podejrzanie czy rozglądaniu się na boki zbyt nerwowo. Pomyślisz? Nie pomyślisz, wiem to, dlatego jeszcze dla pewności kopię cię w ryj, wybijam ci wszystkie zęby, mój but mierzy głębokość twoich ust. Nie ruszasz się, więc nie ruszasz się podejrzanie, gęba też lepiej, bo gęby nie ma, tylko ja mam brudne buty, brudne jak jasna cholera, na szczęście jest jeszcze jedna para taka sama, nie ruszona, w domu albo na komendzie, nie pamiętam. Nie ruszam cię już więcej, zawieramy niewypowiedziany pakt o nieagresji, o przyjaźni, myślę że mógłbyś do mnie kiedyś wpaść, moglibyśmy być kumplami, teraz jako porządny obywatel będziesz budził mniej podejrzeń niż kostka brukowa, niż waga w supersamie, niż niewinne oczy niepokalanie poczętego dziecka sąsiadów. Idę sobie, trochę cię zostawiam ale to bardziej ty zostawiasz mnie, bez podziękowania idziesz sobie, coraz mniej cię jest, więc nie patrzę, bo robi mi się przykro.

II

Jak lubię to robić? Lubię w sposób brutalny ale jednocześnie wyznaczywszy wcześniej granice, w sposób psychologiczny podchodząc do zagadnienia, korzystając z kobiecej intuicji. Jako kobieta nowej generacji, nie generacji nic, tylko generacji coś, generacji dużo, wiem, jak w konsumpcjonistycznym raju hedonizmu odnaleźć swoje ja, paląc kadzidełka, czytając mój ulubiony miesięcznik Wróżka, zwłaszcza strony poświęcone podświadomej stronie naszych poczynań w nawiązaniu do najnowszych osiągnięć medycyny naturalnej oraz strony z opowiadaniami z życia wziętymi, opisującymi smutny los kobiet, które granic wyznaczyć nie umieją.
Lubię kiedy bierzesz mnie za włosy, zatapiasz swoją rękę w gęstwinie mojej, ciągnąc lekko do tyłu - nie za mocno, żeby nie zburzyć mojego poczucia bezpieczeństwa, nie naruszyć mojej godności, nietykalności, niezbywalnego prawa człowieka do ustalania siły nacisku. W moim dobrze dobranym biustonoszu czuję się kobieco i pewnie, sutki sterczą mi do góry, pokazują rejony gwiazdy polarnej, bez względu na pozycję. Znam różne triki, delikatnie pieszczę twoje jądra, ponieważ wiem, jak niewiele kobiet przywiązuje do tego wagę, i jaką przyjemność sprawia mężczyźnie ten rodzaj zabawy, wiem to z artykułów w prasie i na stronach dla młodych kobiet. Za radą Cosmo nie biorę do buzi, włączam za to muzykę która ma cię pobudzić do działania, żebym była boginią i czuła się jak księżniczka, jak przy pierwszej komunii, w białej sukience i z loczkami zakręconymi dzień wcześniej przez fryzjerkę, obsypana brokatem i cukierkami. Wtedy ty eksplodujesz z pożądania, ponieważ moje taktyki odnoszą skutek dodatni, sprawdzone przez ekspertów i psychologów klinicznych, seksuologów i osoby ogólnie doświadczone, słynące z mądrości.
Po wszystkim opisuję moje przeżycia w formie krótkiej noty na forum dla młodych, przebojowych kobiet. Wszystkie dziewczyny mi zazdroszczą, jedna mówi że jej misiek nie poszedłby na coś takiego, wtedy inne wyzywają ją od zaścianka i zabobonu, czuję satysfakcję jako ta, której się udało.

27-05-09 Matka Boska Rowerowa

Nie wiedzieć czemu, siedzę tutaj, na moście Poniatowskiego, macham nogami zwisając z czarnej barierki, trochę na krawędzi, wręcz niebezpiecznie, i na pewno niezgodnie z planem konstrukcyjnym. Zabawa jest przednia, zważywszy na mój stan psychiczny, a jest on następujący: zwariowałem, zwariowałem bardzo nagle, niespodziewanie, WTEM i BACH! pieprznął we mnie piorun wariactwa, pokręciło mnie na wszystkie strony, oczy wyszły mi na wierzch a twarz pokryła się smołą. Oczywiście winić można w tym przypadku moje geny: ze strony ojca ciotka miała epizod schizofreniczny, inna popełniła samobójstwo przez powieszenie, w dodatku powiesiła się w sposób wymyślny, bo na sznurku od prania, jeszcze poprzedniego dnia powiesiwszy na nim ubrania. Można powiedzieć, że umarła w otoczce kurodomowej, co było dość przykre.
Ja tymczasem, rozmyślając nad dziwnymi kolejami losu moich dalekich krewnych, nadal siedzę na barierce. Zastanawiam się nad moim życiem: zbyt mało aktywności, sportu, działania społecznego, integracji z grupą. Kiedy ostatnio jeździłem na rowerze...? Marszczę brwi - nie był to ten rok, jeszcze wcześniej, przed zimą, powiedzmy że listopad. Mamy maj, więc nie jeździłem już pół roku, jestem leniem patentowanym! Gdzie mi do człowieka sukcesu, skoro nawet rowerem nie jeżdżę, nawet łydki mam sflaczałe jak balony po weselu...! Spoglądam gdzieś w bok - widok mam akurat na ulicę. Mimo dość późnej godziny, rozgraniczającej poniekąd dzień od wieczora wskazówką na cyfrze dziewięć, rowerzyści są nadal aktywni. Widzę ich - jadą gęsiego, całym konduktem, kolektywnie ale z rozsądkiem. Na czele umięśniony, ale i otłuszczony na brzuszku papa rowerzysta, błyszczącym reflektorem odgania niebezpieczeństwo w postaci złowrogich samochodów i czepliwej psiarni. Zaraz za nim mała dziewczynka na różowym rowerku, w eleganckim, również różowym kasku, z gębą lekko skrzywioną wysiłkiem i dezorientacją. W skupieniu manewruje kierownicą, tak żeby utrzymać się pozycyjnie w zakresie ramion papy. Wszystkiego pilnuje mama rowerzystka - ze sklejonymi potem włosami koloru blond-beż-platyna, rozwianymi lekko. Gdy mija ją jakiś samochód, sterczący puch włosów gorzeje nowym światłem, przypominając aureolę trochę, a ja w myślach czynię znak krzyża: matka boska rowerowa, niech będzie pozdrowiona, na wieki wieków!
Szybko mija mnie ta święta rodzina, po chwili zostaję sam i to mnie oświetlają mgnienia reflektorów. Odważam się spojrzeć w czerń kipiącej pode mną Wisły; tajemniczy kawałek końskiej nogi spływa gdzieś w stronę Trójmiasta, gromadząc nad sobą chmary wygłodniałych, zdesperowanych ptaków. Przypominam sobie beztroskie dzieciństwo: ja i kot Pafnucy, mama, tata, ciocia Bela - razem jeździliśmy nad jezioro Czerniakowskie, aby zażyć w nim (zbawczej czasem, gdy upały doskwierały) kąpieli. Jakkolwiek dziwnie by to nie miało zabrzmieć, kot Pafnucy, mimo przynależności do rasy kociej, wodę tolerował w stopniu wystarczającym, by raz na jakiś czas towarzyszyć mi w jeziornych harcach. Och, pamiętam, jak biegał za ciocią Belą, gdy ta z dziewiczym piskiem rzucała się w zdradziecką toń, hasając nie jak królik, raczej jak sarna, łania, gazela... Wtedy pierwszy obiekt moich uczuć. Jej stopy burzyły chwilową harmonię brunatnej tafli wody, im dalej, tym mocniej. Tymczasem moje, wyraźnie mniejsze (co wpływało też na ich moc sprawczą w przypadku burzenia harmonii), powodowane magiczną siłą niepewności tkwiły w ciężkiej glinie brzegu. Wiele było trzeba, żebym odważył się uczynić choć jeden krok w stronę wody... I nie był to wynik mojej do wody niechęci, o nie! - raczej strach przed wygłupieniem się w oczach mojej wyidealizowanej bogini, nimfy znad Jeziora Czerniakowskiego, cioci Beli.
Teraz nie ma jej obok mnie. Nie ma też tytanicznych rowerzystów, jest tylko światło i - co chwilę - jakiś autobus czy samochód, ale to chyba się nie liczy.
Przypominam sobie miękkie futro Pafnucego. Jego język na mojej dłoni, gdy akurat miał ochotę na dawanie mi swoich kocich pieszczoch. Zaraz potem - smutny koniec, gdy został schwytany przez grasującą w okolicy bandę Wietnamczyków. Nie było mnie przy tym, była za to moja mama, która z okna naszego bloku widziała moment, w którym rozjarzone nienawiścią oczy Azjaty - skądinąd znanego nam właściciela restauracji wietnamskiej - zabłysnęły gdzieś w zaroślach, a zaraz potem wynurzył się z nich, pod pachą trzymając Pafnucego. W trymiga znalazł się w zdezelowanym maluchu koloru czerwonego i tak samo szybko odjechał, a nasz kot zniknął w obłoku spalin i siarki - a przynajmniej tak twierdziła mama, za atrybuty iście szatańskie uznając zarówno kolor samochodu, jak i spojrzenie złoczyńcy, mimo iż kwestią sporną pozostawało, czy z naszego balkonu na trzecim piętrze można wychwycić "płomień nienawiści" w oczach przechodnia, zwłaszcza - skrytego w zaroślach.
Oczywiście pobłażliwy ton, jakim kwituję relację matki, nie oznacza, iż Pafnucy nie był dla mnie ważny. Od początku do końca pozostawał moim ukochanym kotem, i mimo typowo męskiego podejścia do kwestii emocjonalnych, zakrawającego wręcz na abnegację, do dziś mam łzy w oczach na widok szyldu jakiejkolwiek wietnamskiej restauracji. Gdy szukając w stosie mrożonek czegoś odpowiedniego na obiad przez przypadek natknę się na SAJGONKI INSTANT, z krzykiem opuszczam sklep, czasem nie płacąc. Tak że na pewno nie można nazwać mnie osobą niewrażliwą...
Z zamyślenia wyrywa mnie dotyk czyjejś dłoń na ramieniu. Odwracam głowę - dłoń jest mała, damska, trochę zaczerwieniona. Mój wzrok prześlizguje się dalej. Widzę przystojną dziewczynę o twarzy typowo słowiańskiej, z dobrze zarysowanymi koścmi policzkowymi, nosem proporcjonalnym, szczęką mocną. Ma oczy mądre i łagodne, od razu wiem, że podoba mi się, wręcz - jest piękna. Jedną z piersi ma obnażoną, nie do końca co prawda, ale mniej więcej do poziomu sutka. Widzę, że wyślizgnęła się ze sportowego stanika. Brzuch ma obnażony, z lekko widocznymi mięśniami.
- Jestem matką boską rowerową - mówi do mnie, i w tej chwili zauważam stojący obok niej rower górski z sześcioma przerzutkami. Jej głowę okala aureola, ale sam nie wiem czy nie jest to zasługa oświetlenia - tak zwodniczego o tej porze, gdy przekroczyliśmy granicę między dniem a nocą.
Kiwam głową, dając znak że rozumiem i akceptuję taką kolej rzeczy. Ona natomiast swoją niezmierzoną mądrością ogarnia mnie i barierkę, na której siedzę; ryzyko, które podejmuję. Po chwili czuję ją bliżej i widzę, że przyłącza się do mnie, usadzając się okrakiem na czarnej balustradzie.
- Chciałbym zobaczyć Twoją drugą pierś - mówię, kompletnie nieświadomie zresztą. Przemawia przeze mnie instynkt, wspomnienie cioci Beli, lekka demencja nieśmiałości.
Ona uśmiecha się do mnie słodko i łagodnie, jej rysy układają się w ocean spokoju, zmarszczki falują idealnie, rozmyte lekko przez ciemność. Bierze moją dłoń i układa ją na swojej piersi. Ośmielony tym, zsuwam jej sportowy stanik. Widzę teraz oba sutki w kolorze balonowej gumy, krainy łagodności, cukrowej waty. Powstrzymuje moją dłoń i mówi:
- Nic nie jest za darmo. Teraz musimy się pomodlić.
- Jaką modlitwą? - pytam, moje oczy szklą się w świetle reflektorów.
- Proponuję "Ojcze Nasz". Chciałabym, żebyś ty zaczął...
Więc zaczynam. Moja dłoń pieści jej pierś, zataczam kciukiem kręgi wokół jej sutka. Jednocześnie intonuję: "Ojcze nasz, któryś jest w niebie...", ona wtóruje mi, gdy się zacinam - podpowiada fragmenty. Powoli robi się coraz ciemniej, i gdy zbliżamy się do "na wieki wieków", otacza mnie prawie całkowity mrok. Robi się chłodny i lepki; wdziera mi się do uszu i nosa, w dłoni nie wyczuwam już miękkiego, ciepłego kształtu. Po chwili zdaję sobie sprawę z tego, że trzymam samotną końską nogę za kopyto, i tym samym walczę z rzecznymi ptakami o zdobycz. Dla mnie zostaje coraz mniej, mnie zostaje coraz mniej, powoli łączę się z czernią, tracę cień, przenikam w cień, zasypiam.